Ginący przypadek

Wołacz jest przypadkiem języka polskiego, który powoli ginie w uzusie językowym. Nawet osoby dbające o poprawność polszczyzny często w jego miejsce używają po prostu mianownika.

Ginący przypadek

Czy wiedzą Państwo w ogóle, o jakim przypadku mówię? To oczywiście żart, ale łatwo zauważyć, że formy zwracania się do siebie po imieniu z użyciem prawidłowego wołacza (Beato, Bartku, Robercie, Doroto!) wychodzą właściwie z powszechnego użycia. Częściej używamy w ich miejsce form mianownikowych, zachowujących to samo znaczenie, co wołacz. Mówimy więc: – Beata, wiedziałaś gdzieś moje klucze?
Albo: – Cześć, Bartek!

Są imiona i zwroty grzecznościowe, w których ta praktyka językowa brzmi dość naturalnie i nie ma nacechowania uczuciowego. Tak jest w językach dzieci i nastolatków, a także dorosłych młodych ludzi. Pozostaje jednak wiele form, w których nie odważylibyśmy się zastąpić wołacza mianownikiem oraz takich, gdzie wciąż brzmi on nienaturalnie.

Powiemy przecież na pewno: – Dzień dobry, panie prezesie, nie zaś: – Dzień dobry, pan prezes albo panie prezes. Odruchowo też użyjemy wołacza w takich imionach, jak Ania czy Staś, mówiąc: – Aniu, Stasiu!

A jakie są zalecenia językoznawców? Jeżeli z łatwością przyjdzie nam się pilnować, by do kolegi Marka mówić Marku, a nie Marek – chwała nam za to. Jeżeli przyzwyczajenie wydaje się nie do pokonania – możemy przyjąć, że jest to tzw. uzus, powoli przyjmujący formę reguły w określonych przypadkach. Choć nie jest przesadnie elegancki, nie razi nas już tak, jak osoby z poprzedniego pokolenia. Dotyczy to jednak tylko i wyłącznie języka mówionego oraz sytuacji nieformalnych.

We wszystkich formach pisanych i wszystkich sytuacjach oficjalnych jesteśmy zobowiązani nadal używać deklinacyjnej formy wołacza. Szczególnie zaś musimy być czujni podczas wystąpień publicznych i kontaktów z mediami.

Przypomnijmy więc:
– Witam, panie redaktorze.
– Dziękuję, pani Moniko.
– Zapraszamy Cię więc na scenę, Robercie – najlepszy sprzedawco roku!

Jeżeli odmiana jakiegoś rzeczownika własnego lub pospolitego w tym ginącym – a więc coraz trudniejszym w intuicyjnej odmianie – przypadku nastręcza nam wątpliwości, spróbujmy powiedzieć zwrotem do kogoś lub czegoś: O…! Tak jak: o matko, jak trudna jest polszczyzna! Lub zajrzyjmy do tabel deklinacyjnych polskich przypadków, choć to pewnie rozwiązanie dla cierpliwszych.

Zofia Kościelna, WENA, www.wena.waw.pl

 

Ten artykuł ukazał się w „Biuletynie o Biuletynach”, jedynym newsletterze w Polsce poświęconym wyłącznie biuletynom firmowym i branży custom publishing. Zaprenumeruj newsletter bezpłatnie »