Cudze kopiujemy, swego zapominamy

Z kilku względów – między innymi politycznych i geograficznych – język polski nie należy do języków wpływowych. Może to nie brzmi przyjemnie, ale mieszkamy w kraju peryferyjnym, którego język oddziałuje na niewiele innych języków.

Cudze kopiujemy, swego zapominamy

Przypadków zapożyczeń z polskiego w językach obcych jest niewiele, natomiast w przeciwnym kierunku przepływ jest ogromny. Nie jest to zjawisko negatywne – w polszczyźnie znaczna część słów pochodzi z obcych języków i rezygnacja z wszelkich naleciałości oznaczałaby powstanie ogromnych luk w naszym zasobie słownictwa. To językowe osadzanie się warstw – jak w geologii – trwa od około tysiąca lat. W tym czasie kilkakrotnie zmieniały się kierunki, z których napływało do polszczyzny najwięcej wyrazów. Niegdyś był to język czeski – z południa przyszło do nas chrześcijaństwo, a wraz z nim terminologia sakralna (choćby samo słowo „kościół” jest zapożyczeniem z czeskiego, w którym z kolei słowo „kostel” powstało od łacińskiego „castel”). Poza słownictwem związanym z nową religią, z południa napłynęło również wiele praktycznych słów, np. „pawlacz” czy „robot”.

Przykłady zapożyczeń

W późniejszych latach następowały okresy silniejszych wpływów łaciny („historia”, „konstytucja”, „rebelia”), niemieckiego („wihajster”, „burmistrz”, „ratusz”, „listonosz”, „tu leży pies pogrzebany”, „być na tapecie”), rosyjskiego („wiodący”, „póki co”, „czajnik”), węgierskiego („szyszak”, „dobosz”, „szałas”), tureckiego („tapczan”, „dywan”, „kawa”, „torba”), francuskiego („paragon”, „butik”, „portmonetka”), włoskiego („pianino”, „biennale”, „fontanna”, „fraszka”), ukraińskiego („jarmułka”, „wiedźma”, „hultaj”) czy nawet białoruskiego („morda”, „posag”).

Większość podanych powyżej przykładów nie ma negatywnego wpływu na polszczyznę. Po prostu brakujące słowa importowano z kraju, z którego akurat było najwygodniej, względnie – narzucał je Polakom w jakiś sposób naród silniejszy (czyli zaborcy). Nowe słowa zapełniały luki albo wygrywały konkurencję ze słowami wziętymi z innych języków.

Potop angielski

W powyższej liście celowo pominąłem język angielski. Powodem jest fakt, że pod jego silnym wpływem język polski pozostaje nadal. Ogromna liczba zapożyczeń z angielskiego to przypadki pozytywne – angielskie słowa wypełniły luki, opisały desygnaty wcześniej w ogóle nie występujące, wygrały konkurencję z odpowiednikami w innych językach. Przykładem może być słowo „dżinsy”, którego nie da się niczym zastąpić albo „komputer”, który swego czasu pokonał rodzimy „mózg elektronowy” i francuskiego „ordynatora” (tak by zapewne brzmiała spolszczona wersja francuskiego wyrazu „ordinateur”, oznaczającego właśnie komputer).

Przykłady pozytywnych i potrzebnych zapożyczeń z angielskiego można mnożyć bez końca, ja jednak muszę przejść do tej części tekstu, w której napominam i ganię – bez niej dział „boje redaktora” nie działałby jak należy. W końcu z czymś trzeba te boje toczyć. Tym razem – jak łatwo się domyślić – działa wytaczam przeciwko nieuzasadnionym, szkodliwym zapożyczeniom i kalkom z angielskiego.

Flagowe modele

Kiedy można powiedzieć, że dane zapożyczenie jest nieuzasadnione? Poniekąd odpowiedziałem na to pytanie powyżej, objaśniając, które zapożyczenia są pożyteczne. Nie ma sensu kopiować do polszczyzny takich słów i zwrotów, które nie wypełniają żadnej luki – to czysto funkcjonalne kryterium zbędności (mógłbym napisać „redundancji”, ale po co?).

Przykładem może być robiące ostatnio zawrotną karierę słowo „celebryta”, czyli spolszczone „celebrity”. Nie brzmi za dobrze, a używa się go zamiast polskiego „sława”. Zamiast niepoprawnego „na imprezie pojawili się liczni celebryci”, można napisać „na imprezie pojawiły się liczne sławy”. Znaczenie jest to samo.

Inny przykład to używanie słowa „flagowy” w miejsce „sztandarowy”. Dotyczy to szczególnie tekstów opiewających produkty oferowane przez danego producenta. Zwykle mają oni swoje sztandarowe produkty, ostatnio pod wpływem angielszczyzny określane jako flagowe. Niezastąpiona wyszukiwarka Google podsuwa mi dwa przykłady: „flagowy model telefonu Samsung” i „flagowe auto VW”. Innym anglicyzmem – o wiele mniej dyskretnie zapożyczonym – opisującym tę sytuację, jest „topowy”.

Flagowe (poprawnie) są przede wszystkim okręty, dlatego przypłynął do mnie kolejny przykład, mocno z żeglugą związany, a pojawiający się najczęściej w opisach produktów elektronicznych i motoryzacyjnych. Producenci często piszą, że dany sprzęt (komputer, samochód), ma jakieś urządzenie bądź program „na pokładzie”. Jest to kalka z angielskiego „on board”, używana zamiast polskiego sformułowania „jest wyposażony w…”.

Nie kopiujmy

Bardziej strukturalną kalką jest z pozoru niewinne sformułowanie „okazał się być”. Angielskim elementem jest tu tylko „być”. Po polsku poprawnie pisze się „jabłko okazało się zgniłe”. Niepoprawnie, pod angielskim wpływem: „jabłko okazało się być zgniłe”. Dobrze widać, że element o anglosaskim rodowodzie jest zupełnie zbędny.

Przykładów bezsensownych zapożyczeń z angielskiego są setki, a do wielu już zdążyliśmy tak przywyknąć, że nikt ich nie zauważa. Zamiast „termin” mówimy „deadline”, zamiast „odzew” – „feedback”. Nie mamy w sobie energii, tylko „power”, a najlepszym klientom dajemy „gifty” zamiast „prezentów”.

Warto się zastanowić, czy to ma sens. Jeżeli już mamy własne słowo, po cóż kopiować cudze?

Tadeusz Baranowski, Agape

 

Ten artykuł ukazał się w „Biuletynie o Biuletynach”, jedynym newsletterze w Polsce poświęconym wyłącznie biuletynom firmowym i branży custom publishing. Zaprenumeruj newsletter bezpłatnie »