Biuletyn to nie gadu-gadu :-(

Powszechność komunikatorów internetowych, SMS-ów i innych nowoczesnych sposobów wypowiedzi wpływa na język niektórych artykułów. To duże utrudnienie dla redaktora, a często również powód przeinaczeń tekstu.

Biuletyn to nie gadu-gadu

Praca redaktora polega między innymi na tym, że czyta on i przerabia teksty nadsyłane przez różnych autorów. Bywa, że takie poprawianie to bój – jak w nazwie działu, często jest to – jak określiła to jedna z moich autorek – polerka, czyli wygładzanie w miarę dobrego tekstu. Różni ludzie, różne teksty.

Najgorzej jednak, kiedy praca nad tekstem nie jest ani bojem, ani polerką, a żmudnym dłubaniem, usuwaniem setek drobnych błędów, poprawianiem formatowania… Pisałem już o spacjach mnogich, w których mozolnym usuwaniu na szczęście wyręcza nas wordowski automat. W większości sytuacji musimy sobie jednak poradzić sami, a to bywa bardzo czasochłonne.

IYKWIMAITYD*

W czasach powszechności komunikatorów internetowych i SMS-ów teksty niektórych autorów przybierają dziwne kształty. Pisane są bez polskich znaków diakrytycznych, z emotikonkami, fragmentami kapitalikami i szczególnym typem języka – językiem wtórnie pisanym (czyli faktycznie mówionym). Wynika to z nawyku, jakiego nabierają ludzie na co dzień piszący jedynie SMS-y i wypowiedzi poprzez komunikatory.

Emotikonki i kapitaliki w komunikatorach i prywatnych e-mailach mają ważną funkcję – rekompensują odcięcie kilku kanałów komunikacji. Język Internetu, jak już wspomniałem, jest językiem mówionym. Jednak podczas kontaktu internetowego (pisanego) nie możemy użyć ważnych narzędzi, normalnie używanych podczas rozmowy. Dlatego mimikę i gestykulację zastępujemy emotikonkami, a prozodię (intonację) – kapitalikami. Unikanie polskich znaków diakrytycznych też ma sens – w ten sposób nadrabiamy czas (wciąż piszemy wolniej niż mówimy). Czas zyskujemy też dzięki akronimom, takim jak LOL (laughing out loud – śmiejąc się w głos) czy IMHO (in my humble opinion – moim skromnym zdaniem).

ICOCBW**

Niestety, papier to nie internet, a artykuł to nie gadu-gadu i tekst napisany takim językiem nie nadaje się do publikacji w biuletynie. Co gorsza, potrzebuje nie tyle redakcji, co tłumaczenia. Trzeba go przełożyć z arcyswobodnego języka sieci, na o wiele bardziej uporządkowany język papierowych publikacji, a w tej żmudnej czynności żadna maszyna redaktora nie wyręczy. Sam musi usuwać emotikonki, akronimy i kapitaliki, dorabiać polskie znaki diakrytyczne, usuwać wtrącenia mające funkcję wyłącznie fatyczną (służącą podtrzymaniu dialogu – typową dla mowy potocznej), liczne wielokropki i tym podobne.

Tym samym praca nad tekstem znacznie się wydłuża, a efekt często jest zupełnie inny, niż autor sobie zamierzył. W końcu nie jest to już jego tekst, a tłumaczenie. A w tłumaczeniu – jak uczy chociażby film „Lost in translation” Sofii Coppoli (polski tytuł „Między słowami” nie oddaje tego przesłania), może umknąć bardzo wiele. Nie zawsze redaktor odgadnie, co autor miał na myśli. Czasem może się mylić…

IWBNI…***

Z placu redaktorskich bojów i z pola korektorskiej orki apeluję więc do autorów o pisanie artykułów językiem pisanym i unikanie emocjonalnych znaków. Nam, redaktorom, oszczędzi to trudu, a tekstom przeinaczeń, ciężkich operacji i serii bolesnych zastrzyków.

* – akronim od „if you know what I mean and I think you do”, czyli „jeśli wiesz, co mam na myśli, a wydaje mi się, że wiesz”.
** – akronim od „I could of course be wrong”, czyli „oczywiście mogę się mylić”
*** – akronim od „it would be nice if…”, czyli „byłoby miło gdyby…”

Tadeusz Baranowski, Agape

 

Ten artykuł ukazał się w „Biuletynie o Biuletynach”, jedynym newsletterze w Polsce poświęconym wyłącznie biuletynom firmowym i branży custom publishing. Zaprenumeruj newsletter bezpłatnie »